Jak się robi cuda

Wpisy

  • poniedziałek, 14 kwietnia 2014
    • dzień świra

      Dzień świstaka to wiadomo, jest codziennie. Czasem nie odróżniam poranków w kwestii-jaki mamy dzień tygodnia. W sumie to dzień tygodnia dla mnie ma twarze czterech wolontariuszy. Jak zmieniłam grafik to czasem mam na przykład dwa wtorki bo ktoś ze wtorku jest teraz w poniedziałek.

      Dzień świra zaczął się w drodze na zajęcia SI kiedy dopadła mnie klaustrofobia w tunelu i stojąc w korku nie mogłam ruszyć z miejsca bo wydawało mi się, że ten tramwaj co jedzie nad nami stoi mi na głowie. Zajęcia świetne. Podobno Olik słucha swojej pani, obserwuje inne dzieciaki się tam "bawiące" . Nie wiem wszystkiego bo grzecznie czekam pod salą. Dziś ponoć jeździli na deskorolce.

      Ponieważ przejechanie tej samej trasy dwa razy pod rząd tego samego dnia mnie przerasta, odstawiam dziecko do domu i biegnę na autobus. Cotygodniowe rozmowy z doktorem nt postępów Burasa są integralną częścią terapii. Zdążyć trzeba. No to jak pobiegłam to zatrzymałam się na jakimś metalowym dodatku do budy z jedzeniem z wypisanym menu. Nie zdążyłam przeczytać co dają ale za to rozwaliłam sobie kurtkę. Jadąc w autobusie wyglądałam jak siódme dziecko stróża. Trudno. I tak była już do wyrzucenia.

      Ostatnio jak chodzimy na spacery podchwytuję rozmarzony wzrok mojego syna jeśli gdzieś w pobliżu pojawi się chłopak z hulajnogą. Ponieważ chciałam zakończyć ten dzień czymś przyjemnym pojechałam mu kupić tą hulajnogę. W podartej kurtce.. Trenuje w salonie

      Coś się ostatnio zmienia. Znowu przeszedł tajfun emocji. Nie mam już połowy kosmetyków w łazience, brakuje gazet do targania.. Ale się uspokaja. Po raz pierwszy widziałam jak Olik wybiera sobie piłkę do nogi w sklepie, potem ją trzyma aż do samego domu, bawi się nią po powrocie a potem zdecydowanie zabiera na terapię...

      Burza przeszła. Wzeszedł księżyc . Jasno to widzę dziś we wtorek

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      olga.oliwkowa
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 14 kwietnia 2014 21:47
  • sobota, 29 marca 2014
    • strach ma piękne oczy

        Ludzie nie lubią niepełnosprawnych. Generalnie. Nie lubią tez chorych psychicznie. Budują szpitale za wielkimi murami. Ludzie nie lubią słabszych bo przypominają im o tym, że tez mogą być słabi. Mogą się poddać. Niepełnosprawni w przestrzeni publicznej straszą. To mogło być twoje dziecko. Strach ma oczy mojego syna. Piękne. Głębokie. Dostąpić zaszczytu aby na ciebie spojrzał-bezcenne

      Ludzi myślą, że jak napiszą w internecie -to nie mój problem- trzeba było usunąć tego potworka- to strach zniknie. Nic podobnego. Oswajamy.

      Piszę, opowiadam. Czasem nie chcę się aż tak uzewnętrzniać. Ale ciągle mam nadzieję, że dzięki temu ludzi spojrzą na mojego syna i pomyślą-ale dzielny chłopak. A nie -dobrze że nie mnie "to" spotkało.

      Społeczeństwo, które wzrusza się na kampaniach pt uwolnij psa z łańcucha albo widząc policjanta na obrazku w internecie który przeprowadził stado kaczek przez ulicę pisze potem komentarze- radźcie sobie sami. Na szczęście to nie internet tworzy system. I tak jesteśmy sami. Choć czasem uda się trafić na właściwe miejsce. Mnie się udało

      Dzięki dzieciakom takim jak mój syn ludzie, którzy mają z nim kontakt uczą się. Uczą się empatii. Takie popularne słowo. Empatia jest fajna, ale nie jeśli chodzi o kasę. Wtedy chowamy empatie do kieszeni.

      Nie trzeba się bać. Jedyne czego trzeba to samotności w problemie, izolacji. ale do tego tez można się przyzwyczaić. Dziecko z problemami działa jak reklama whiskasa. Przychodzi amant do dziewczyny a kot wybiera tego z dobrą karmą. Zostają wokół ludzie którzy rozumieją . I docenią. Reszta odejdzie. I dobrze, nie było warto

      Czasem jest bardzo pusto. Czasem mniej. Ale przynajmniej jest dobrze. Z miejsc w których się nas boją uciekamy. Nie chcemy cudzych strachów. Mam pod dostatkiem swoich. Choć teraz jak już znaleźliśmy ludzi którzy patrzą dalej niż przez pryzmat etykietki- wiem że damy radę

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      olga.oliwkowa
      Czas publikacji:
      sobota, 29 marca 2014 18:45
  • poniedziałek, 24 marca 2014
    • Z deszczu pod rynnę

      I umarł

      Dwa lata temu przeczytałam na jednym z blogów, że nawet więźniowie dostają przepustki na pogrzeby. Rodzice autystycznych dzieci nie. Fakt. Bo niby z kim miałam zostawić Burasa? Będziesz mi musiał wybaczyć dziadku.

      Chce mi się pisać, ale cokolwiek przychodzi mi do głowy jest albo osobiste albo smutne. Nasuwa mi się taki wniosek - dobrze że pada deszcz

      Kiedyś zabrałam się do pisania historii o akordeonach ojca. Koncertowy pytał tego drugiego od chałtur, czemu już nikt na nim nie gra. Potem rozmawiały o miejscach w których było na nich grane. Repertuarze. Ten większy rozbrzmiewał Bachem, a ten mały folklorem.. Castagnari z weltmeistrem kłóciły się o to, który był ważniejszy. Może pogadają sobie teraz z dziadkową mandoliną. Robi się coraz ciszej

      Olik zrobił kanapkę. Przyniósł sobie serek i łyżkę z kuchni po czym naładował całą zawartość opakowania na kromkę chleba. Nie mieściło się do buzi, ale był bardzo zadowolony

      Minęliśmy rok od zaczęcia 3i w Krakowie. Gratuluję sobie, że ogarniam. Dziękuję naszym ochotnikom, że tak dzielnie pracują. Mamie że jest. Podobno przeszliśmy punkt wyżej w średniej ewaluacyjnej. Dobrze. Ja tam nie widzę cyferkami. Widzę to w codzienności.


      "Jeśli chcesz oglądać tęczę, mu­sisz dziel­nie znieść deszcz. "przysłowie chińskie

      zobaczymy

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      olga.oliwkowa
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 24 marca 2014 22:20
  • poniedziałek, 10 marca 2014
    • budzik

      Podczas ostatniej mojej rozmowy z dziadkiem powiedziałam mu, że wrócimy do domu najwcześniej za dwa lata. Odpowiedział mi że w takim razie on musi jeszcze tyle pożyć. Roześmiałam się. Przecież dziadek jest niezniszczalny. Teraz leży na OIOM'ie. Maszyny. Rurki. Słabe serce.

      Mówimy do niego. Trudno jest mówić do kogoś kto jest nieprzytomny. Kolana miękną. Głos się zapada w gardle. Ciszę przerywa tylko oddech regulowany przez maszynę. Trudno jest pojechać 80 kilometrów jak się ma w domu terapię. Mama jeździ codziennie.

      Olik wyczuwa najmniejszy stres. Jeśli cokolwiek się działo od razu widać było w jego zachowaniu zmianę. Ostatnio częściej płacze.

      Nasz dom w Jejkowicach jest pusty i zimny.

      Byliśmy w parku. Biegam za Olikiem a on jest coraz szybszy. Zauważył wózek z maluchem więc wystartował. Nie zdążyłam zareagować. Olik chciał się tylko przywitać. Niestety pacnął chłopaczka w smoczek a ten się rozpłakał.. Chłopczyk, nie smoczek oczywiście. Mina jego tatusia pt. "weź tego barbarzyńcę". Nie musiałam.. Olik pobiegł dalej. Tak bardzo chce do dzieci..

      Obudź się dziadku. Trzeba w piecu rozpalić. Ogrzać dom. Ktoś musi czekać na nasz powrót. A potem będziemy żyli długo i szczęśliwie...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      olga.oliwkowa
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 10 marca 2014 21:24
  • wtorek, 25 lutego 2014
    • proteza mowy

      Czytam dużo blogów o autystach. Albo samych osób z autyzmem. Od nich można się dowiedzieć najwięcej. Żyjąc z autyzmem u boku trzeba mieć w sobie dużo pokory. Trzeba być czujnym żeby nie przegiąć w żadna stronę. Nie damy rocznemu dziecku roweru ani piętnastolatkowi prawa jazdy. Umiejętności motoryczne nie zawsze idą w parze z dojrzałością emocjonalną i wyobraźnią

      Brak mowy nie oznacza braku komunikacji-ale do tego trzeba dojrzeć. Trzeba się nauczyć patrzeć tak żeby zobaczyć, a to czego nie widać wyczuć. Ot trochę trudniej ale to wykonalne. Żeby nie zauważyć jak moje dziecko potrafi się komunikować trzeba mieć protezę mózgu. Łatwiej jest wymagać od niego żeby się odezwał niż postarać się go zrozumieć

      Czy nie chciałabym żeby mówił? Marzę o tym. Przede wszystkim ze względu na niego. Byłoby mu łatwiej. Ale go nie popędzam. Pracuje tak dzielnie, daje z siebie wszystko. Trzeba mu zaufać. A jeśli nie przemówi? Są inne sposoby. Niewerbalni autystycy tak pięknie piszą.. Czasem mam wrażenie, że ta ich cisza na papierze ma więcej przekazu niż niejeden głos z eteru

      Jeśli ma ochotę na jajecznicę wyciąga patelnię. Jeśli ma być jajo na twardo- przynosi garnek. A jak za bardzo się guzdram to sam miesza łyżką. Pomocnik kuchenny.

      Ostatnio zaczął sam myć włosy. Moje tez umył. Dba o mnie mój Olik

      Na razie nie zakładamy protezy.

      Rozmawia ze mną bez słów

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      olga.oliwkowa
      Czas publikacji:
      wtorek, 25 lutego 2014 21:06
  • piątek, 21 lutego 2014
    • Oczy szeroko otwarte.

      Są różne dni. Takie gdy mam ochotę spakować się i wrócić do domu, ale także takie jak dziś. Kiedy zbieram śmietankę z wierzchu i uśmiecham się do wszystkiego i wszystkich myśląc sobie że jednak miałam rację. Instynkt mnie nie zawiódł

      Najpierw było Zoo.. Czekałam na to prawie siedem lat. Nie chodzi o to żeby przegonić płaczące dziecko prze ogród, na siłę ciągnąc w stronę słonia a potem powiedzieć sobie- o, zaliczone. Chciałam wybrać taki moment kiedy miałam przeczucie że to zoo zobaczymy oboje. Że jak pokaże mu słonia to się zdziwi a jak zobaczy karmienie fok to go to zaciekawi. Bez stresu związanego z nowym otoczeniem, bez nerwowego biegania w te i z powrotem, bez obowiązkowego sportowego obuwia na nogach w przypadku kiedy Olik nagle wpadłby w swój zwyczajowy sprint w byle jakim kierunku.. Chciałam żeby skorzystał z takiej wycieczki. Zobaczył wszystko szeroko otwartymi oczami. Udało się

      A dzisiaj? Dzisiaj był na swoich pierwszych zajęciach SI w Centrum Maltańskim. Nowa sala. Nowa pani. Nowe wyzwania. I co? Wszystko! Po prostu! Wszedł i oswajał. Zaliczył wszystkie możliwe sprzęty. Huśtawki, walce, tunele, ścieżki, nawet zawisł na trapezie. Z uśmiechem na ustach, z panią za rękę, pozwalał się prowadzić w nowe rejony.. Podobno rzadko się zdarza żeby dziecko tak się otworzyło na pierwszych zajęciach. No to się zdarzyło. Olik jest wielki!

       

      Z tego miejsca chciałam podziękować Centrum Maltańskiemu że nas przygarnęli mimo iż my ze Śląska som, wszystkim zaangażowanym w terapie 3i, i przede wszystkim naszym wolontrariuszom. Tym obecnym i tym którzy poświęcili dla nas czas w ciągu minionego roku. Wykonaliście kawał dobrej roboty. Dziękuję

      Co dalej? Praca, praca , praca... a potem zobaczymy!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      olga.oliwkowa
      Czas publikacji:
      piątek, 21 lutego 2014 12:05
  • sobota, 01 lutego 2014
    • Sekretne życie O.P

      O czym myśli mój syn? Nie wiem. Co będzie chciał jutro robić? Nie wiem. Zapytam. Czy odpowie? Nie wiem. Może powie KA,  a może nie. Domyślę się. Od tego są matki.

      Oglądałam Sekretne życie Waltera Mitty. Ładna bajka. O tym jak można się zawiesić na swoich marzeniach. Też tak robię. Tyle że do mnie Sean Penn nie wysyła wskazówek jak znaleźć kwintesencję "życia".

      O czym marzę? Lista w kolejności przypadkowej. O kawie u koleżanki z której dzieckiem mój syn mógłby się pobawić w czasie gdy ją wypiję. O spacerze plażą i rozmowie o zamkach z piasku z Olikiem. O tym że zabieram go na rynek, wsiadamy do bryczki i jedziemy na przejażdżkę. Że pakujemy się na tydzień w góry i uczymy nart od podstaw. O lodowisku na Błoniach. O psie. Kocie. Kumplach Olika wpadających po niego w drodze ze szkoły. O tym ze zbierają się na podwórko a ja biegnę za nim wołając żeby nie zapomniał o której jest obiad. Lista jest długa.

      Ostatnio usłyszałam ze moje życie polega na otwieraniu drzwi wolontariuszom. Ot, taki żart, trochę niesmaczny. Strawiłam. Otóż nie. Moje życie polega na byciu obok czegoś co się dzieje. Dobre tło jest potrzebne. Polega też na obserwowaniu, dostosowywaniu, pilnowaniu, uczeniu, kochaniu, gotowaniu, dokumentowaniu i jeszcze tysiącu drobiazgów które składają się na to że dziś jesteśmy już daleko, daleko od punktu w którym startowaliśmy.

      Olik umył zęby. Po prostu. Wziął szczoteczkę i szoruje. To już tydzień, chyba tak zostanie. Patrząc wstecz, widzę małego człowieka który bał się wszystkiego co jest za drzwiami, wyrzucał ludzi z mieszkania , płakał na dźwięk odkurzacza i nie chciał tolerować żadnych zmian. A dziś? Dziś widzę chłopca który na placu zabaw siada na konika i huśta się z przypadkowo napotkaną dziewczynką.

      Widzę chłopca, który siada na nowe sanki i śmiga z górki wiedząc, że mam jest za plecami więc nic mu nie grozi. Widzę jak wita codziennie z uśmiechem na twarzy czworo wolontariuszy i zaprowadza ich do sali w której pozwalamy mu na kontrolowanie swojej rzeczywistości. Brzmi groźnie? Otóż nie. Tak, to właśnie tak działa. Wydaje się, że nic się nie dziej. Miesiąc skakania na trampolinie- a potem nagle okazuje się że można wyjść z domu bez obawy, że nagły przypływ potrzeby biegania spowoduje u mnie nerwową pogoń w celu uniknięcia potencjalnego niebezpieczeństwa którego on w ogóle nie zauważał. Stoimy na pasach. Trzymam w ręku sanki. Niepotrzebny mocny uścisk dłoni..

      Widziałam też Olika zapatrzonego jak chłopaki obok placu zabaw grali w nogę. Jak on ich obserwował.. Wystarczy podejść i się dołączyć. Jakie to wydaje się proste. A jakie trudne..

      Tydzień w górach? Może już niedługo. Kawa u koleżanki ze wskazaniem na dziecięcą zabawę? W zasięgu ręki?

      Czas. Terapia to nie katar który trwa siedem dni jak jest leczony a jak nie to też siedem. To neverending story. Jak mam wytłumaczyć dziadkowi kiedy wrócimy do domu? Sama tego nie wiem. Bo on chciałby już. Już nie możemy. Jeszcze nie jest to już ale raczej bliżej  niż dalej

       

      http://www.youtube.com/watch?v=xcyuKUtgyZ8



      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      olga.oliwkowa
      Czas publikacji:
      sobota, 01 lutego 2014 22:33
  • środa, 08 stycznia 2014
    • dziecko wtorku

      Mój ojciec gdyby żył, skończyłby dziś 61 lat.

      David Bowie też jest z ósmego stycznia.

      Artyści...

      Nie jestem dobra w składaniu życzeń. (Od siego) do siego roku! Pomyślności.

      A sobie?

      Patrząc wstecz ten rok miniony mogłabym uznać za dość udany. To czego nie mogłam do końca przewidzieć czyli reakcji Olika na zafundowaną mu intensywną terapię-okazało się łagodnym wejściem w system tygodnia pracy i wolnej niedzieli. Olik wdrożył się szybciej niż ja. Musiałam się przyzwyczaić że dom jest jednocześnie miejscem gdzie przewija się sporo osób związanych z jego terapią a moje życie społeczne odbywa się na portalu społecznościowym.. Ale to w sumie nie nowina.

      Tak zdecydowałam. Trzymam się zasad które są ustalone w trakcie trwania 3i. Nie jeździmy na wakacje. Nie chodzimy na urodziny. W tym roku po raz pierwszy od diagnozy zaczęłam zabierać dziecko do supermarketu raz w tygodniu. Znosi to dzielnie. Gdyby nie znosił nadal robiłabym samotne zakupy. Tak jest mi raźniej.

      Poszerzyło się znacznie spektrum miejsc w które mogę go zabierać i on je akceptuje. Chyba że trafiamy na basen o złej porze i brodzik zajęty przez pieluchowe maluchy które aż kuszą żeby je niechcący potrącić albo lekko opluć wodą... Olik zaczął "kochać" wszystkie dzieci, tyle że na razie w sposób który jeszcze nie wszystkie tolerują...

      Dziś na placu zabaw wzruszenie uwięzło mi w gardle. Od paru dni pojawiło się zainteresowanie Burasa karuzelą. Wcześniej wybierał tylko huśtawkę. Kręciliśmy się już dobre 10 minut gdy nagle na plac wbiegła różowa dziewczynka. Od stóp do głów różowa-oprócz blond włosów. Olik przebiegł obok i pacnął ją w ramię. Uśmiechnęła się. Potem wróciliśmy na karuzelę a ona za nami. "Chcesz się kręcić?" spytała Olika. Powiedziałam jej że Olik jeszcze nie umie mówić ale na pewno się dogadają. Ona na to "Aha, bo ja już jestem na tyle duża że mówię". Potraktowała go jak młodszego kolegę. Rozkręciłam ich oboje. Olik wpatrzony w dziewczynkę jak w obrazek, uśmiechnięty, zadowolony. Wyglądali z boku jakby się świetnie bawili. Potem ona kręciła Olika. Stałam jak słup. Zobaczyłam swoje życzenia noworoczne. Niech się dzieje.

      Mój syn urodził się we wtorek. Od tamtego wtorku już nigdy nie będę sama

      A to piosenka o czwartku. Tego drugiego jubilata. Dlaczego warto pytać Davida? Bo wie... ;)

      http://www.youtube.com/watch?v=z1MSgWeZqAU

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      olga.oliwkowa
      Czas publikacji:
      środa, 08 stycznia 2014 22:45
  • środa, 11 grudnia 2013
    • preludium

       Zbliżające się święta będą trudnymi świętami. Jak i poprzednie były i pewnie też będą następne. Kolacja wigilijna przy stole z uszczuploną liczbą talerzy. Podobno czas jest po to by leczyć rany, nabrać dystansu.

      Nie potrafię nabrać dystansu do śmierci. Nie potrafię nawet o niej rozmawiać. I nie potrafię jeszcze nawet wspominać. Płyta z kolędami którą nagraliśmy z Ojcem poleży na półce nietknięta. Może do przyszłego roku. Może to taki mój sposób- jak nie będę Go wspominać to nie przypomni mi się że już go nie ma. Nie powiem, że jestem z tego zadowolona. Próbuję za wszelką cenę unikać tego dziwnego skurczu który pojawia się za każdym razem wraz z usłyszanym przelotnie dźwiękiem akordeonu. Jestem w tym całkiem dobra. Zatykam uszy, zamykam oczy jak widzę Jego zdjęcia. Udaję. Kiedyś trzeba się będzie z tym zmierzyć. Początkowy fragment Toccaty i Fugi Bacha który zażyczyłyśmy sobie jako inskrypcję na nagrobku brzęczy w uszach jak wyrzut sumienia. Posłuchaj jeszcze raz.. Fermata ciszy. Więcej nut nie będzie

       Kolorowe obrazki rodzin dzielących się prezentami, radosna atmosfera. Dla mnie- zdziwienie, próba akceptacji rzeczywistości, potwierdzenia dla samej siebie że dziecku niczego nie brakuje. Nikogo. Jak zwykle u mnie jest inaczej. Jest nas teraz troje i to musi wystarczyć. Chyba nie można się przyzwyczaić, że ludzie od nas odchodzą- do innych albo na zawsze-znikają z pola widzenia. Pozostają w podświadomości. Zależy jak głęboko ich się tam zakopie

       Choinkę kupiłam i plastikowe bombki. Olik znowu ogląda "Sąsiadów"- odcinek gdzie na gałązkach zawisły narzędzia zamiast potłuczonych bombek. Mam deja vu. Nie tylko z Sąsiadami. Targanie gazet i książek na mikro-części już było. Plastiku nie potłucze. Ale za to celnie trafia w żarówki. Potrzebny nadworny elektryk

      Od samego początku nie walczyłam z autyzmem. Starałam się raczej zrozumieć. Dowiedzieć się więcej. Jedyne czego nie robię to nie czytam statystyk. I nie wierzę że jeśli w pewnym wieku czegoś się nie osiągnęło to już się nie osiągnie nigdy. Nigdy nie istnieje. Czy ktoś może stanąć i powiedzieć mi prosto w oczy: twoje dziecko nigdy nie będzie mówić? Nie , nikt nie jest wróżką. A ja wolę wierzyć. Choć mam chwile zwątpienia kiedy mam ochotę zabrać się za komunikację alternatywną. Na razie w trakcie terapii 3i nie jest ona przewidziana. Jeśli Burasowy język jest zapowiedzią naszego języka to warto mieć nadzieję. Nie chodzi o mnie, chodzi mi o niego. Gdyby mógł więcej przekazać może nie byłby taki sfrustrowany. Poczekamy, zobaczymy, usłyszymy.

      Chciałabym nie traktować tego okresu tylko jako preludium. Chciałabym sobie odpuścić wymagania społeczne-jak wobec mnie tak i wobec Burasa. Niczego nikomu nie udowadniać. Mieć cierpliwość do samej siebie. Umieć po prostu żyć w takiej rzeczywistości w jakiej aktualnie się znajdujemy. Zapomnieć żal. I poczuć święta po swojemu. Ale najpierw się do nich spokojnie przymierzyć


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      olga.oliwkowa
      Czas publikacji:
      środa, 11 grudnia 2013 16:06
  • czwartek, 28 listopada 2013
    • każdy kij ma dwa końce

      Zabieram się do tego wpisu od tygodnia. Bo to trudny temat. Bolesny. Osobisty. Trochę o tym pisałam ale po swojemu. Przez Babilon na Jeruzalem. Chyba inaczej nie umiem. Mój blog, mój sposób, moje opinie.

      Zacznę od tego, że chciałam się odnieść do tego jak reaguje rodzic na diagnozę. Otóż nigdy nie powiedziałabym że dostałam wyrok. Pamiętam że moja panika wynikała z tego że dostępne naokoło środki pomocy nie odpowiadały mojemu przekonaniu. Nie uważałam że Buras jest zepsuty i trzeba go naprawiać. Chciałam znaleźć sposób jak dotrzeć do niego od jego strony. Bez przymusu i analizowania czego nie potrafi a raczej -jak zmotywować go do tego żeby się otworzył na ludzi i chciał współpracować.

      Diagnoza sama w sobie była dla mnie usprawiedliwieniem. Dlaczego moje dziecko zachowuje się inaczej, dlaczego nie potrafię nad nim zapanować, dlaczego nie reaguje jak go wołam itp. To nie moja wina. To autyzm. Ulga

      Uważam że większość tego co robiłam, czego próbowałam była oparta na poczuciu winy. Zrobisz wszystko dla swojego dziecka, prawda? Jak nie to nie jesteś dobrą matką. Nauczysz się jak z nim pracować, będziesz to robić codziennie, jak braknie ci wiary we własne siły pojedziesz na kolejny kurs, oni wleją ci wiarę. Nie dajesz rady? Dzwoń częściej, przyjeżdżaj, płać. Nie masz pieniędzy? Mamy też sklepik z suplementami a pani z koncernu zrobi dla was wykład. Kupisz? Nie pomożesz dziecku? Jak możesz?

      Idź do lekarza. On zleci badania. Trochę drogie, ale co tam. Płać. Potem suplementy. Nie masz pieniędzy? Jak możesz...

      Osobiście dotykają mnie głosy że zazdrościmy komuś że mu się udało. Ale co? I dlaczego mi się nie udało? I co mi się nie udało? Nie udało mi się wciskać dziecku które odmawiało jakiegokolwiek jedzenia suplementów w strzykawce? Udawało mi się przez dwa lata. Sposobem. Czyli wg książki powinien być już zdrowy. A może zamiast DMG miało być TMG, a zamiast witaminy C witamina nie wiadomo jaka. Gdybym zazdrościła komuś to znaczy że nie akceptowałabym u swojego dziecka autyzmu. On jest jego częścią. Często zastanawiam się ile z jego zachowań to kwestia f84 a ile charakteru. Nie chcę się już zastanawiać. Nie chcę analizować czy śmieje się bo jest na haju czy po prostu ma dobry humor. Nie chcę już o tym myśleć. Kiedyś opowiem tą historię od początku do końca ale jeszcze nie teraz

      Zrzucanie odpowiedzialności za terapię, "leczenie" itp na rodziców jest jednym ze sposobów. Innym poszukanie specjalistów którzy pomogą oddzielić te role od siebie. Trzeba wybrać to co jest najlepsze dla dziecka. Ale i dla siebie.

      Generalnie im dłużej w tym siedzę tym mniej wiem. Im więcej czytam tym więcej mam wątpliwości. Nie wierzę też w szybkie cuda. Może powinnam zmienić tytuł bloga. Tylko że mi od początku chodziło o małe cuda. Najpierw spojrzenie. Kontakt wzrokowy. Potem przerabianie elastyczności, kontroli, budowanie poczucia bezpieczeństwa. Jak wspaniale patrzeć na dziecko które bało się wody pod prysznicem a teraz zjeżdża ze zjeżdżalni do basenu. Albo dziecko które uciekało przed siebie z prędkością światła a teraz idzie ze mną za rękę w stronę którą JA wybiorę. Albo na dziecko które chodziło w tylko zielonych spodniach, potem bez, a teraz z przyjemnością przymierza nowe ciuchy bez względu na kolor, fakturę tkaniny i jej rodzaj. I jeszcze na dziecko które zaakceptowało 24 nowych ludzi , wita ich z radością i przytula, oświeca dla nich światło na schodach jak przychodzą na sesje. To są moje cuda. Codzienne

      Nie zgadzam się z uproszczeniami które padły w telewizji. Nie zgadzam się z kierunkiem który wyznacza tvn a mianowicie- leczcie dzieci nowym sposobem z Ameryki. On nie jest nowy. Pokażcie cały aspekt sprawy. Jak to wygląda, ile to kosztuje, dla kogo to jest i czy dla wszystkich się nadaje. Niech telewizja nie dzieli nas na lepszych i gorszych z powodu zasobności portfela. I niech ktoś weźmie pod uwagę szerszą perspektywę- nie tylko jeden koniec tego kija


      Dla zainteresowanych inki:

      http://autyzmbezbzdur.wordpress.com/

      http://www.zwyklybohater.pl/inicjatywa-547



      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „każdy kij ma dwa końce”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      olga.oliwkowa
      Czas publikacji:
      czwartek, 28 listopada 2013 17:23